Wejście i nocleg na wulkanie Acatenango w Gwatemali!

To co w tej podróży bardzo mi się podoba, a czego wcześniej się nie spodziewałem to spontaniczność i układanie planu najdalej na kilka dni do przodu. Na dużej się nie da. Oczywiście mamy pewne ramy czasowe, w których planujemy naszą trasę, ale jeśli chodzi o atrakcje i pomysły na najbliższe dni to sytuacja potrafi zmieniać się bardzo  dynamicznie. Ale jest to chyba normalne, w tego typu podróży, bo nie znamy wszystkich atrakcji regionów, które przemierzamy, a nie wszystko da się znaleźć w Internecie, albo nie zawsze mamy do niego dostęp. Na szczęście tutaj z pomocą przychodzą ludzie. Często spotykamy ludzi, którzy nam coś podpowiadają i zapraszają do zwiedzania ciekawych miejsc, w których sami byli, albo do których zmierzają. Tak było z piramidami Majów w Belize i podobna historia tyczy się wulkanu Acatenango w Gwatemali.

Kiedy byliśmy w Tulum w Meksyku, spędziliśmy 2 dni w bardzo podróżniczym hostelu. Wtedy jeszcze w naszych głowach był plan, aby Gwatemale przejechać tylko wzdłuż jej wschodniej granicy i tuż przed Salwadorem wjechać do Hondurasu. Na szczęście, w wyżej wspomnianym hostelu spotkaliśmy pewną dziewczynę z Holandii, która właśnie przybyła do Meksyku z Gwatemali. Podczas wieczornych rozmów przy drinku, opowiedziała nam swoją przygodę z wulkanem Acatenango i od razu w naszej głowie pojawiła się chęć przeżycia tego samego. Ponadto kilka godzin wcześniej otrzymaliśmy wiadomość od Manu (naszego pierwszego hosta Workaway z Hondurasu), do którego zmierzaliśmy. W mailu tym podesłał nam m.in. kilka miejsc, które warto odwiedzić po drodze do niego i tym samym dał nam zielone światło, na to że możemy pojawić się u niego trochę później niż wstępnie umawiany 1-2 sierpnia. Jednym z wymienionych przez Manu miejsc „na trasie” był „Volcano de Fuego”, czyli wulkan ognia. Wieczorem sprawdziłem mapę i okazało się, że Fuego leży w bliskim sąsiedztwie z Acatenango, ale nie do końca są one po drodze. Na szczęście sama idea wejścia na wulkan, tak bardzo nam się spodobała, że szybko zapadła decyzja, aby po opuszczeniu Tulum obrać kierunek na miejscowość Antigua Guatemala, w której to organizowane są wyprawy na Acatenango.

Trasę ze stolicy Gwatemali (do której przyjechaliśmy nocnym autobusem z Flores) do miasta Antigua Guatemala (około 25km), pokonaliśmy Chicken busem za 10 Quetzales na osobę, czyli jakieś 5zł. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że kierowcy tych autobusów jeżdżą jak szaleni. Wyprzedzają na zakrętach, na pasach i nawet na progach zwalniających. Chicken busy bywają naprawdę męczące, nawet na krótkich odcinkach. Tym razem mieliśmy okazję przekonać się, że na przystankach do autobusu, poza ulicznymi handlarzami, wchodzą też ludzie, którzy stają na środku autobusu opowiadają swoją nieszczęśliwą historię i zbierają pieniądze od pasażerów. Nie wiem o czym mówił gość, który był w tym autobusie, ale na brzuchu miał ogromny bąbel – nie mam pojęcia co to było, ale wyglądało trochę jak wnętrzności na zewnątrz… Dodam, że nie był to pierwszy, ale jedyny pan, który opowiadał „swoją nieszczęśliwą historię” i zbierał datki, jakiego spotkaliśmy w transporcie publicznym. Myślę, że Chicken busy jeszcze nie raz nas zaskoczą.

Antigua Guatemala to stare miasto, które za czasów Hiszpańskich kolonii pełniło rolę stolicy regionu. Niestety ze względu na bliskie sąsiedztwo wulkanów, miasto to było kilkukrotnie nawiedzanie przez trzęsienia ziemi, dlatego w XVIII wieku podjęto decyzję o przeniesieniu stolicy, do miejsca w którym znajduje się dziś. Antigua jest piękna i malownicza, otoczona górami i położona niespełna 25 kilometrów od obecnej stolicy. Miasto charakteryzuje się starą zabudową i prostą architekturą. Wszystko co nowoczesne, ukryte jest w starych murach – najbardziej w pamięci utkwił mi chyba McDonald’s, gdyby nie to, że zaglądnąłem do środka przez futrynę, przeszedłbym obok z myślą że mijam kolejny regularny sklep z pamiątkami czy czyjeś mieszkanie. Oczywiście nad wejściem było logo, ale nie te tandetne, plastikowe „złote łuki”, które widzimy przy każdym McDonald’s w Europie. Tu była drewniana tabliczka z wyżłobionym logo i nazwą sieciówki.

Spacerując ulicami Antiguy, w oczy rzucał się pnący w tle wulkan Agua, widok ten jest pewnego rodzaju symbolem miasta i możemy go oglądać na wielu pamiątkach sprzedawanych w sklepach i na ulicach. W centrum miasta znajdziemy park, gdzie turyści mieszają się z ludnością lokalną, a szczególnie uwagę przykuwają kobiety ubrane w kolorowe sukienki, które sprzedają różnego rodzaju ubrania i własnoręcznie robione ozdoby. Pięć minut od centrum natrafiliśmy na duży targ, gdzie można było kupić… właściwie wszystko. Trochę jak w Polsce, z tym że tutaj mieszała się żywność lokalna i egzotyczne owoce, z rzeczami codziennego użytku oraz z różnego rodzaju pamiątkami dla turystów. Miasteczko ma w sobie to coś.

Brama z zegarem i „symbol miasta” w tle, czyli wulkan Agua.
Jedna z typowych ulic miasteczka Antigua Guatemala i pnący się w tle wulkan Agua.
Jeden z kilku zielonych skwerów w mieście.

Kiedy dojechaliśmy do Antiguy, od razu po wyjściu z autobusu podszedł do nas pewien facet (ewidentnie musieliśmy się rzucać w oczy – dwoje białych ludzi wysiadający z lokalnego autobusu z wielkimi pleckami… a poza nami sami miejscowi) i zapytał czy chcemy jakąś darmową informację. Odpowiedzieliśmy że wszystko wiemy, bo teoretycznie tak było, ale jakoś miedzy słowami wydało się, że jesteśmy zainteresowani wycieczką na wulkan. Oczywiście okazało się, że pan ten znał najlepszą agencję i nawet miał po drodze, żeby nas tam zaprowadzić. Po drodze się przedstawił, trochę pożartował i opowiedział trochę o ofertach wypraw na wulkan. Dowiedzieliśmy się, że znajdziemy tanie ale niebezpieczne, z średniej półki – najlepsze patrząc na wskaźnik cena/jakość, oraz drogie gdzie wszystko będzie na wypasie. Hmm wydawałoby się że Ameryki nie odkrył… na szczęście my też już mieliśmy pewne rozeznanie z opowieści spotkanej w hostelu Holenderki. Dobrze wiedzieliśmy, że zorganizowany tour na wulkan można znaleźć już od 100 zł za osobę.

W agencji, do której dotarliśmy oferta była w miarę ok, ale moja natura nie pozwoliła mi na taki pośpiech w podjęciu decyzji i strasznie mnie kusiło żeby jeszcze trochę się rozejrzeć. Tym bardziej, że mieliśmy namiary na inne sprawdzone miejsce. Gdy nasz nowo poznany mieszkaniec Antiguy dowiedział się, że również nie mamy jeszcze zarezerwowanego noclegu, szybciutko zaprowadził nas do swojego domu (nie więcej jak 100 metrów od tej „najlepszej” agencji), aby pokazać nam pokoje, które ma na wynajem. Tak, to był dobry handlowiec i już wówczas byłem pewny, że stanie na ulicy i szukanie „białych” to jego główne zajęcie. Po oglądnięciu mieszkania, wróciliśmy do agencji i zabraliśmy plecaki. Powiedzieliśmy, że chcemy się rozejrzeć i nie chcemy decydować tu i teraz, ale jakby co to wrócimy w przeciągu godziny.

Udaliśmy się do hostelu Tropicana, który polecił nam pewien facet, z którym dzień wcześniej mieliśmy przyjemność wypić piwko, w ulicznym barze w miejscowości Flores. Powiedział nam, że w tym hostelu pracowała kiedyś jego „hipi” córka, że hostel jest tani i że na pewno nam tam pomogą. No i miał racje. Hostel miał bardzo fajny klimat, a dodatkowo okazało się że organizują wyprawy na wulkan, wiec postanowiliśmy tam zostać i skorzystać z pakietu usług. Po małych negocjacjach ustaliliśmy cenę wyprawy na 150zł za osobę. Może nie najtaniej, ale zapewniali pełny ekwipunek, kilku przewodników i 4 posiłki. Wiedzieliśmy też, że mimo wyżywienia warto zabrać ze sobą jakieś słodycze i przekąski, wiec udaliśmy się na spacer po mieście w poszukiwaniu sklepu. Tutaj niestety Antigua pokazała swoją słabą stronę.. odwiedziliśmy 3 sklepy (w promieniu kilkuset metrów od centrum) i chyba w żadnym nie było tańszej rzeczy niż za 5 zł… Snickers, małe Skitelsy, suche ciastka, mała paczka orzeszków, piwo – wszystko po 5zł, woda 2l – 6zł, chipsy – 8zł.. a dodatkowo irytował fakt, że nie było ani jednej metki z ceną – dosłownie na żadnym produkcie, więc o wszystko musieliśmy pytać. Sam już nie wiedziałem, czy to naprawdę jest takie drogie, czy sobie z nas jaja robią i podają ceny wyssane z palca, bo widzą, że przyjezdni… no ale tego się już nie dowiem. Zrobiliśmy małe zakupy, zostawiliśmy około 60zł i ruszyliśmy do hostelu przygotować nasze plecaki na wyprawę. Dla porównania w tej samej okolicy co odwiedzone przez nas sklepy, była restauracja i dwukrotnie jedliśmy w niej naprawdę wypasiony mięsny obiad za 15zł na osobę i to z lokalnym napojem w cenie, czyli równowartość 3 Snickers’ów w sklepie…

Wspomniany wyżej kurczak z ziemniaczkami i surówką oraz napojem za około 15 zł.

Wyprawa na wulkan rozpoczęła się od typowego amerykańskiego śniadania w hostelu – pancakes’y z syropem klonowym i trochę owoców oraz sok do picia. Po oddaniu rzeczy do przechowania w hotelowej recepcji (odchudziliśmy plecaki maksymalnie i zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy), około 9.30 przyjechał po nas bus i samochód terenowy. Nasza grupa liczyła 18 osób i prawdopodobnie wszyscy uczestnicy byli gośćmi hostelu. Dojazd na miejsce, z którego mieliśmy rozpocząć naszą pieszą wędrówkę, zajął nam trochę ponad godzinę. Wulkan nie leży daleko od Antiguy, ale droga prowadząca do niego pnie się mniejszymi i większymi serpentynami w górę. Po dojechaniu na miejsce, każdy z nas otrzymał śpiwór i karimatę, a ochotnicy podzielili się pozostałymi rzeczami które musieliśmy zabrać: 5 namiotów, patelnie, dzbanek i wspólne jedzenie w postaci dużego wora ugotowanego makaronu, sosów oraz ciasta marchewkowego i bananowego.

Z racji tego, że z Anią byliśmy jedyną parą, przypadł nam do dyspozycji jedyny śpiwór 2 osobowy… dlatego ja podjąłem się wnoszenia na górę czteroosobowego namiotu, a Ania dopełniła swój plecak wielkim śpiworem. Poza wspólnym jedzeniem każdy z nas dostał jeszcze indywidualną rację żywieniową w postaci: obfitej tortilla na lunch, jabłka i pomarańcza oraz na kolejny dzień jogurtu z płatkami na śniadanie i kubka z zupką chińska na drugie śniadanie. W oczekiwaniu, aż z wulkanu zejdzie grupa z dnia poprzedniego, kto chciał mógł się jeszcze doposażyć. Znajdowaliśmy się na podwórku jednego z przewodników, gdzie mały handel prowadziła prawdopodobnie jego żona. Na malutkim stoliku pod drzewem miała wystawione trochę słodyczy jakieś napoje w puszkach i napoje izotoniczne (o zgrozo ceny o połowę niższa niż Antigule – kto by się spodziewał). Poza jedzeniem można było również wyposażyć się u tej pani w ciepłe ubrania w postaci kurtki, czapki czy rękawiczek, a nawet drewniane kije, które miały ułatwić podejścia. Kiedy wszyscy się już zaopatrzyli w to co uważali za słuszne, został nam przedstawiony plan i harmonogram trasy. Wówczas dowiedziałem się, że jesteśmy na wysokości około 2400m.n.p.m. i będziemy iść ponad 6 kilometrów, cały czas pod gorę, aż do wysokości 3700m.n.p.m. gdzie zostaniemy na noc. Chwile po 12 w południe, czyli po ponad godzinie czekania wyruszyliśmy.

Widok z miejsca, w którym zaczęliśmy podejście na wulkan Acatenango.

W naszych plecakach poza śpiworem/namiotem, karimatą i otrzymanym jedzeniem znajdowała się również cała gama ciepłych ubrań, zakupione dzień wcześniej przekąski, cztery litry wody na osobę (był to wymóg organizatora, ja dokładnie miałem 4,5 litra) oraz rzeczy osobiste, które każdy uważał za słuszne aby zabrać. U mnie był to: duży powerbank, GoPro i akcesoria, latarka, kilka opasek kablowych, taśma klejąca, pokrowiec wodoodporny na plecak, setka polskiej wódki, nóż, gaz pieprzowy, szczoteczka i pasta do zębów. Całość ważyła +/- 12 kilo i szybko dało się to we znaki, podczas wchodzenia na górę. Z drugiej strony wagi tej nie dało się sensownie zredukować, bo praktycznie nie miałem tam zbędnych rzeczy. Po wyprawie okazało się, że nie użyłem tylko opasek kablowych, taśmy i na szczęście gazu (akurat te rzeczy prawie nic nie ważą) oraz miałem o ponad litr wody za dużo oraz nie zjadłem pomarańczy i jogurtu (no ale picia oraz jedzenia zawsze lepiej żeby zostało niż brakło).

Trasa na wulkan była całkiem różnorodna, zaczęła się od polnej drogi, później łąki, a jeszcze dalej szliśmy wzdłuż mało urodzajnej uprawy kukurydzy. Gdy po jakiś 20 minutach minęliśmy tereny gospodarcze, zaczęła się dżungla, gesty las liściasty i wiele drobnej roślinności. Równocześnie z wejściem w te mocno zielone tereny, zwiększyło się też nachylenie terenu i szlak przybrał formę małych serpentynek. Dżungla towarzyszyła nam mniej więcej przez jakieś 1,5 godziny marszu, wliczając w to postoje które robiliśmy co około 25 minut. Pierwsze 3 były dość krótkie, natomiast czwarty, po dwóch godzinach walki z górą, był postojem przeznaczonym na posilenie się otrzymaną tortillą – nie wiele osób śpieszyło się z konsumpcją, mimo iż tortilla była pyszna, ale dłużej jedząc mogliśmy ugrać kilka minut więcej na odpoczynek. Co ciekawe w 2-3 miejscach, gdzie robiliśmy przerwy były ławki i prowizoryczne drewniane szopki, a właściwie same daszki bez ścian, postawione na drewnianych słupach. Pod tymi zadaszeniami stacjonowali miejscowi Amigo czekający na turystów, którym mogli by sprzedać jakąś prowizoryczną przekąskę, wodę czy kawę, którą przygotowywali na ognisku.

Po przekąszeniu tortilli i nawodnieniu organizmu ruszyliśmy dalej. Na tym etapie dżungla przeistoczyła się w bliższy nam klimat górski. Zaczęły pojawiać się drzewa iglaste i dość bujna trawa. Niestety było coraz mniej sił, nogi stawały się coraz bardziej bezwładne, a nasz szlak nie pozostawiał nam wiele nadziei na to, że będzie lepiej. Nasza trasa cały czas prowadziła mocno w górę, a drogę pokonywaliśmy idąc raz w prawo, raz w lewo pieszymi serpentynami. Im byliśmy wyżej tym więcej mijaliśmy drzew uschniętych albo połamanych. Po kolejnych 2 godzinach podejścia zaczął się ostatni etap pierwszego dnia. Dopiero na ostatnie 40-30 minut przed dotarciem do naszego miejsca obozowania, zaczęły się pierwsze małe przepłaszczenia, a szlak zmienił formę z serpentyn na ścieżkę wzdłuż ściany wulkanu. Sam nie wiedziałem czy się cieszyć czy nie, bo moje nogi, mocno już przyzwyczajone do nieustannego podchodzenia w górę, nie do końca wiedziały jak się zachować na tych przepłaszczeniach, wręcz drętwiały. W pewnym momencie idąc wzdłuż ściany góry, klimat podłoża zmienił się na dość pustynny. Pod nogami mieliśmy ciemny sypki wulkaniczny materiał, który zapewne kiedyś był wyrzucany przez wulkan podczas erupcji.

Widok z wysokości około 3400 m.n.p.m.
Las i twarde podłoże zastąpił sypki „materiał wulkaniczny”.

Po drodze słyszeliśmy grzmoty, więc byłem pewny, że po drugiej stronie góry, czai się na nas burza. Jednak byliśmy na tyle wysoko, że wszystkie chmury zdawały się być pod nami, więc zakładałem, że pogoda tym razem nas oszczędzi. Po chwili jednak zostałem nagle uświadomiony, że grzmoty te, to po prostu dźwięki wydawane przez sąsiadujący wulkan Fuego. Ależ moje zestresowanie wówczas wzrosło. Po przejściu kilkuset metrów po miękkim sypkim zboczy znów trafiliśmy na skaliste podłoże porośnięte iglastymi drzewami. Pojawiły się też pierwsze zbiegi, które przeklinałem w głowie, bo wiedziałem, że to co teraz pokonujemy w dół, trzeba będzie po raz kolejny pokonać w górę. Jednak uspokajała mnie myśl, że lada moment będziemy w miejscu obozowania. Pokonując ostatni etap wędrówki, przemieszczaliśmy się wzdłuż ściany wulkanu (nie tak jak wcześniej serpentynami, raz w prawo, raz w lewo). Przez co zmieniało się też nasze położenie względem góry. Wspinaczkę zaczynaliśmy od strony północnej wulkanu, a na tym etapie byliśmy już prawie po stronie południowej. Wtedy naszym oczom, w bliskiej odległości ukazał się wulkan Fuego, a na powitanie usłyszeliśmy wielki grzmot i zobaczyliśmy piękną chmurę dymu nad jego kraterem. Cztery minuty później zatrzymaliśmy w docelowym miejscu z niesamowitym widokiem.

Pierwsza mała erupcja, którą zobaczyliśmy, zaraz po ujrzeniu wulkanu Fuego.

Na wysokości 3700m.n.p.m. były przygotowane trzy płaskie tarasy, na których miały zostać rozbite namioty, miejsce na ognisko oraz standardowy drewniany wychodek. Gdy tylko się tam znaleźliśmy, każdy z nas gdzieś usiadł, aby trochę odsapnąć i wspólnie czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Większość z nas była wpatrzona w sąsiadujący wulkan, tak jakbyśmy byli zahipnotyzowani. Okazało się że wulkan ten jest dość aktywny i średnio co kilkanaście minut „grzmi i puszcza dymek”. Na każdą reakcję wulkanu, z naszej strony pojawiała się reakcja zwrotna w postaci okrzyku zachwytu. A im głośniejszy dźwięk wydobywał się z krateru tym głośniejsze było nasze „wow”. Gdy my siedzieliśmy zapatrzeni w górę, nasi przewodnicy rozbijali namioty. Na naszym tarasie, na którym również znajdowało się miejsce na ognisko, stanęło pięć namiotów, które miały pomieścić wszystkich uczestników. Były tam cztery „czwórki” i jedna „dwójka”, która przypadła akurat nam i naszemu dwuosobowemu śpiworowi. Przewodnicy rozłożyli się w dwóch namiotach na najwyższym tarasie, a taras środkowy pozostał pusty.

Nasz obóz i wulkan Fuego ponad warstwą chmur. wysokość około 3700 m.n.p.m.
Ujęcie na wulkan Fuego z otaczającą nas naturą.

Po rozstawieniu namiotów czekaliśmy na ognisko, czekaliśmy, bo przewodnicy w tym czasie powalali za pomocą siekierki i maczety uschnięte drzewo, które miało służyć nam za opał. Całość trwała dość długo, a ogień pojawił się dopiero po około 2 godzinach od dotarcia na górę. Do tej pory wszyscy zdążyli już ostygnąć po wysiłku jaki wykonaliśmy i to do tego stopnia, że większość z nas miała już na sobie wszystkie ciuchy jakie zabrała ze sobą na górę. Temperatura powoli dążyła do zera, a do tego podmuchiwał zimny wiatr. Powiedziano nam, że w nocy może być poniżej zera.

Po rozpaleniu, ognisko szybko zyskało popularność i po chwili prawie nie było już gdzie usiąść. Każdy chciał się trochę ogrzać, a ponadto wygłodzeni czekaliśmy na naszą obiadokolację w postaci przygotowanego dzień wcześniej makaronu z sosem i serem podgrzanego na ognisku. Jako przystawkę dostaliśmy pyszne ciasto marchewkowe, a po kilkunastu minutach wjechało danie główne. Muszę przyznać, że jak na warunki i możliwości jakie mieli nasi kucharze, jedzenie to było przepyszne. Nie do końca ciepłe, ale pyszne. Po zaspokojeniu uczucia głodu, zebraliśmy się z Anią do namiotu. Godzina była młoda, bo około 20.30, ale pobudka została zapowiedziana na 3.30, a temperatura otoczenia spadała, co skutecznie zniechęcało do pozostania dłużej na zewnątrz. Z drugiej strony od dobrej godziny było już zupełnie ciemno, więc erupcja wulkanu Fuego przybrała zupełnie inną postać. Wulkan nadał „huczał” ale w otoczce ciemności nie było już widać puszczanego przez niego dymu, tylko wyrzucane kawałki czerwonej lawy. Od czasu do czasu te wybuchy były na prawdę głośne i efektowne. Krater potrafił wyrzucić kawałki lawy na kilkanaście/kilkadziesiąt metrów do góry, a pozostałą część wylać wyżłobionymi korytkami, po ścianie wulkanu. Widok ten został okrzyknięty przez nas „najlepszymi fajerwerkami ever!” i próbował nas zatrzymać jak najdłużej na zewnątrz.

Po wejściu do namiotu przygotowaliśmy plecaki na rano i wtłoczyliśmy się do naszego ogromnego śpiwora. Staraliśmy się z Ania za wiele nie ruszać, bo każdy ruch sprawiał, że czuliśmy jak w środku przelewa się zimne powietrze. To akurat była wada i wina tego, że mieliśmy jeden duży śpiwór, którego nasze ciała nie były w stanie w pełni ogrzać. Starałem się szybko zasnąć, ale mało wygodna pozycja, twarde i nie do końca wypoziomowane podłoże sprawiało, że czynność ta stała się o wiele trudniejsza niż zwykle. Nawet mimo dużego zmęczenia. Dodatkowo co jakiś czas słychać było wulkan i po każdym jego wybuchu, mimowolnie wyobrażałem sobie ile tym razem wyrzucił z siebie lawy i jak piękny musiał być widok… a im głośniej wybuchał tym mocniej pracowała moja wyobraźnia.

Po zachodzie słońca, z chmur wynurzył się wulkan Atitlan leżący 30 kilometrów dalej, przy jeziorze Atitlan.
Nocna erupcja wulkanu Acatenango i gwiazdy w tle. Niestety sprzęt fotograficzny jaki posiadam ze sobą, czyli GoPro i telefon, nie dają dużych możliwości nocnego fotografowania. Dlatego nie byłem w stanie uchwycić tych „najlepszych fajerwerków ever”, czyli wyrzucanych w powietrze, a następnie spływających po zboczu wulkanu kawałków lawy.

Budzik zadzwonił 3.30, Ania zamaszystym ruchem sięgnęła po telefon i od razu poczuliśmy powiew zimna. Ja łapiąc swoją komórkę, która leżała bezpośrednio na podłodze namiotu, poczułem szron na jej metalowej części. Na zewnątrz było cicho, wydawało się, że nawet wulkan Fuego przysnął w swojej aktywności. Po kilku minutach zaczęło być słychać jakieś szepty i budziki z innych namiotów. Ze względu na temperaturę nie śpieszyliśmy się z Anią do wyjścia, ale kilka minut przed godziną czwartą przyszedł przewodnik i oznajmił że trzeba się zbierać. Wszystko poszło całkiem sprawnie, ponieważ cały ekwipunek zostawialiśmy w obozie. My zabraliśmy jeden plecak gdzie mieliśmy właściwie tylko wodę i GoPro. Podejście na sam szczyt Acatenango trwało mniej więcej godzinę i przez cały ten czas była jeszcze kompletna noc, więc kto miał to wspierał się latarką lub diodą w telefonie. Trasa przypominała małe serpentynki do góry, a podłoże składało się na zmianę ze stałych i luźnych skał oraz z sypkiego popiołu wulkanicznego, więc szło się dość ciężko. Im wyżej byliśmy tym mocniej wiał wiatr, a po dotarciu na szczyt osiągnął swoją kulminację. Na szczęście widok jaki tam na nas czekał rekompensował wszystko. Całe zmęczenie dnia poprzedniego, dyskomfort z powodu temperatury czy poniesione koszty wycieczki. Szczyt Acatenango to 3978m.n.p.m.

Na szczycie wulkanu można było spotkać sporo innych osób, które również przybyły tam, aby podziwiać wschód słońca.

Na górze nadal było zmrok, ale widać już było horyzont za którym chowało się słońce. Poza naszą grupą, na szczycie pojawiło się też trochę innych ludzi, którzy podobnie jak my, noc spędzili gdzieś na wulkanie. W oczekiwaniu na wschód słońca, część osób chowała się za większymi głazami aby choć trochę osłonić się przed wiatrem, bo ten naprawdę był silny i przeszywający. Na szczycie Acatenango spędziliśmy około 30 minut. Z minuty na minutę było coraz jaśniej, ale słońce wychodząc zza horyzontu, chowało się jeszcze za niewielkimi chmurami. Po południowej stronie nadal mogliśmy podziwiać wulkan Fuego, który znów pięknie eksponował swoje możliwości. Z tej perspektywy wyglądał on równie ciekawie, ponieważ znajdowaliśmy się o ponad 200 metrów wyżej niż jego szczyt. Gdy wszyscy nacieszyli się już tymi jedynymi w swoim rodzaju widokami, lub po prostu mieli już dość wietrznych i mroźnych warunków jakie tam panowały, nasz przewodnik zebrał grupę i głośnym „bamos” oznajmił, że wracamy do naszego obozu.

Wulkan Agua (po lewej) oraz Fuego (po prawej). Ten drugi, w stanie małej erupcji.
Widok na wulkan Agua oraz otaczające  go miasteczka.

Dotarcie na dół zajęło nam dosłownie „chwilę” szybkimi i dużymi krokami po miękkiej powierzchni wulkanicznego materiału zbiegliśmy tam w około 20-25minut. Na dole czekało na nas ognisko, na którym przegotowaliśmy wodę i chyba każdy z apetytem zjadł gorącą-rozgrzewającą zupkę chińską. Natomiast na deser otrzymaliśmy syte ciasto bananowe. Po posiłku odbyła się akcja pakowania plecaków i składania śpiworów, po czym nasi przewodnicy poskładali namioty. Gdy wszystko było posprzątane, a ekwipunek ponownie nam przydzielony – tym razem do zniesienia na dół – ruszyliśmy tym samym szlakiem, którym kilkanaście godzin wcześniej wchodziliśmy. Ten etap był dla mnie trochę frustrujący, generalnie będąc w takich miejscach lubię cieszyć się chwilą i widokami, więc chciałbym aby trwały one jak najdłużej, natomiast nasza grupa urządziła sobie nieoficjalne wyścigi w zbieganiu na dół. Takim o to sposobem dwie godziny i dwa rozklekotane kolana później znaleźliśmy się w miejscu gdzie zaczynaliśmy wędrówkę dzień wcześniej. Po odczekaniu na transport i powrocie do hostelu, już zacząłem tęsknić za tamtymi „najlepszymi fajerwerkami ever!”.

Ognisko po zejściu ze szczytu, do naszego miejsca obozowania.
Pełni wrażeń po wspaniałym poranku pędzimy na dół. Przez większość drogi towarzyszyły nam chmury, które „od środka” były dla nas zwykłą mgłą.

Przed nami ostatnia noc w Antigua Guatemala i ruszamy do naszego Hosta w Hondurasie. Ale zanim do niego dotrzemy, chcemy zaliczyć po drodze jeszcze jedno opuszczone miasto Majów, prawdopodobnie największe z tych które widzieliśmy do tej pory!

2 komentarze

  1. Pingback: Arequipa - zdobyliśmy wulkan Chachani 6075m n.p.m. Rafting i choroba Ani. - PODRÓŻNICZY MISZMASZ

  2. Pingback: Rejs do Kolumbii przez rajskie wyspy San Blas. - PODRÓŻNICZY MISZMASZ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *