Huaraz: Lodowiec Pastoruri oraz laguna Churup.

Po przygodach w mieście i zdobyciu Laguny 69, na naszej liście miejsc do zobaczeniena, pozostały jeszcze Laguna Churup i lodowiec Pastoruri. Kolejny dzień zaczęliśmy od wyprawy na lodowiec, wiązało się to również z przekroczeniem wysokości 5000 m n.p.m. – po raz pierwszy w naszym życiu!

Dzień 3: Lodowiec Pastoruri.

Tego dnia autobus miał przyjechać o 9, a przyjechał około 9.35 i jeszcze przez pól godziny jeździł po mieście. Zaczęło się kiepsko, ale staraliśmy się być dobrej myśli. Po drodze, podobnie jak dnia poprzedniego zatrzymaliśmy się na śniadanie i podobnie jak dnia poprzedniego chcieliśmy tylko ciepłą wodę. Ale w tym barze wątpliwej jakości, nie dało się kupić ciepłej wody. Można było herbatę za 2 sole, ale już samej wody nie. Wkurzyliśmy się i na znak buntu oczywiście tej herbaty nie kupiliśmy. Klaudia, aby dobrze uzmysłowić człowiekowi za kasą ich nieumiejętną sztukę marketingu, poinformowała go, że wiemy iż autobus w drodze powrotnej zatrzymuje się w tym samym miejscu na obiad i mogą być pewni, że właśnie stracili trzech klientów, bo na pewno nic u nich nie kupimy. Następnie, żeby jeszcze bardziej im utrzeć nosa zakręciła się obok naszego przewodnika i załatwiła z jego termosu 2 kubki ciepłej wody, po czym zrobiliśmy i skonsumowaliśmy własną herbatę w środku. Nie wyglądali na szczęśliwych, ale cwaniactwo nie popłaca.

Kilka kilometrów za knajpą zjechaliśmy z głównej drogi na gruntową prowadzącą do parku narodowego. Z tego miejsca do lodowca było około 30 kilometrów. Widoki były piękne. Na około wzniesienia pokryte żółto-złotą wysuszoną trawą i niebieskie niebo z puszystymi chmurami. Oczy mieliśmy wlepione w okno. Po drodze zrobiliśmy też dwa przystanki, gdzie atrakcją były bardzo nietypowe… hmm palmy? Oraz „lagunita” czyli laguna wielkości przeciętnej kałuży, ale za to o bardzo intensywnie niebieskim kolorze, którego aparat w telefonie za żadne skarby nie chciał wyłapać. Była też pani ze stylowo ubranymi alpakami, które za drobną opłatą dla właściciela bardzo chętnie pozowały do zdjęć. My mieliśmy tą atrakcję już za sobą.

Pogoda i krajobraz jak z bajki.
Po drodze dogonił nas drugi autobus, więc zrobiło się troszkę bardziej tłoczno. ale nie było źle.
Takie o to niezidentyfikowane obiekty mijaliśmy przez większość drogi, jak ktoś zna nazwę poproszę o komentarz.

Po zaliczeniu przydrożnych atrakcji ruszyliśmy w stronę tej głównej. Autobus jechał powoli, ponieważ zaczął się mocny podjazd do góry, razem z wysokością zmieniała się też pogoda. Robiło się szaro i pochmurnie. W końcu około 13 dotarliśmy na parking. Ulokowany około 4800 m n.p.m. Było wysoko, więc asekuracyjne wypełniliśmy nasze usta liśćmi koki i ruszyliśmy w stronę lodowca. Podejście nie było wymagające fizycznie. Około 2 kilometry z przewyższeniem troszkę ponad 200 metrów.  Jedyną trudność jak zwykle sprawiała mniejsza ilość tlenu, im więcej wysiłku wkładaliśmy w drogę, tym szybciej trzeba było oddychać, a to miało swoje limity . Trudność techniczna też w tym przypadku nie istniała, ponieważ ścieżka była niemal w całości wybetonowana.

Widoki też nie były najgorsze.
Ujęcie z okolic lodowca w stronę parkingu.

Na miejscu czekał na nas lodowiec i laguna powstała na skutek jego topnienia. Niebo było bardzo ciemne, a gleba niemal czarna, przez co było tam bardzo ponuro, ale wszystko to razem tworzyło ciekawy klimat.

Przy lodowcu spędziliśmy godzinę, jak zwykle robiąc zdjęcia i wczuwając się z klimat. Był to pierwszy lodowiec jaki widziałem z bliska i bardzo mi się podobał. Ania miała okazje podziwiać lodowce kilka lat temu na Alasce, więc miała porównanie. W jej opinii brakowało słońca, które powinno podkreślić błękitne kolory lodowca.

Lodowiec na skutek topnienia przekształcał się powoli w jezioro.
5000 m n.p.m. przekroczone!

Gdy już trochę zmarzliśmy i nasyciliśmy oczy tamtym widokiem wróciliśmy do autobusu. Gdy dotarliśmy na miejsce z nieba zaczął intensywnie padać śnieg. Nie były to małe delikatne płatki jakie znamy z Polski, tylko małe kuleczki niczym grad tylko, że miękkie. Padało tak intensywnie, że zanim zdążyliśmy odjechać (jakieś 15 minut) grunt niemal całkowicie się zabielił.

Otoczenie przybrało skalę szarości.

Droga powrotna nie przewidywała już żadnych atrakcji w parku, dlatego strasznie się dłużyło, zanim dojechaliśmy do drogi asfaltowej minęły wieki. Następnie, zgodnie z planem podjechaliśmy do tej niefortunnej restauracji. Oczywiście miejsce to było tak wspaniałomyślnie wybrane, że w najbliższej okolicy poza tą jedną dziadowską i jak się dowiedzieliśmy nie tanią restauracją nic innego nie było. Gdy przewodnik oznajmił nam, że przerwa będzie trwać godzinę. Powiedzieliśmy stanowcze nie, zabraliśmy nasze rzeczy i wyszliśmy na drogę łapać stopa. Nie mogliśmy zrozumieć idei tego obiadu, skoro do Huaraz z tamtego miejsca było już tylko 30 km, a w mieście każdy mógłby zjeść gdzie i co tylko chce. Jedyne co nam przychodziło do głowy to to, że musiał to być biznes jakiegoś znajomego ludzi, którzy organizowali tą wycieczkę. Porażka.

Stojąc na stopa złapaliśmy pierwszy samochód, mimo iż nie mieli miejsca postanowili nas zabrać. W trójkę dołączyliśmy do starszej kobiety i dziecka na tylnej kanapie, dziecko i Ania siedzieli na kolanach. Droga minęła szybko i była urozmaicona pogawędkami. A w Huaraz okazało się dlaczego tak ochoczo nas zabrali mimo braku miejsca. Po prostu na końcu chcieli zapłaty. Z 10-ciu soli, o które pytali otrzymali 6 bo tylko tyle mieliśmy drobnych, a z 20 nie mieli jak wydać. Nie byliśmy źli, bo wiemy że w Peru jest powszechne pytanie o zapłatę stopowiczów. Taki kraj. Ponadto lepiej było zapłacić po te 2 sole niż czekać godzinę w autobusie.

Po powrocie pokręciliśmy się chwile po mieście, aby coś zjeść i udaliśmy się do hotelu, gdzie w planach mieliśmy odpoczynek przy filmie.

Dzień 4: Huaraz

Tak zwany dzień lenia. My postanowiliśmy zostać w mieście, a Klaudia pojechała na jakieś ruiny, wycieczka do nas nie przemawiała, wiec się nie zdecydowaliśmy. Spędziliśmy czas w hostelu planując dni w Limie i pracując nad wpisami. W międzyczasie 2 razy wyszliśmy na miasto zrobić zakupy, na trekking w kolejnym dniu oraz zakupić bilety na nocny autobus do Limy, również na kolejny dzień. Klaudia wróciła dość późno i z jej relacji ruiny było spoko, ale bez szału.

Dzień 5: Laguna Churup.

Na szczęście ten trekking mogliśmy zrobić na własną rękę. Wstaliśmy wcześnie rano i uderzyliśmy na pierwszy autobus który miał być o 7. Kierowca powiedział że odjeżdża 7.20. Godzina nam pasowała, więc Klaudia zaczęła się targować, ale ten był nieugięty. Dziewczyny poszły więc do busa po drugiej stronie ulicy. Okazało się, że jedzie w to samo miejsce ale o 8 i w tajemnicy zgodził się na niższą cenę. Postanowiliśmy więc w pierwszej kolejności iść na kawę, a późnij wrócić do busa. Na kawę w restauracji czekaliśmy pół godziny, wiecie Peru… więcej nie trzeba mówić. Ostatecznie wzięliśmy ją na wynos, bo trzeba było wracać. Nie wspomnę że dali nam ją w kubkach bez pokrywki – wrzącą kawę. Peru. Obok busa zjawiliśmy się 5 minut przed czasem, ale od razu dostaliśmy informację, że kierowca poszedł gdzieś szukać dodatkowych pasażerów. I odjazd będzie opóźniony.

Ruszyliśmy o 8.30 droga na szczęście nie przewidziała kolejnych nieoczekiwanych „atrakcji”. Kierowca podwiózł nas do miejsca o nazwie Pitek gdzie rozpoczynał się szlak. Tam zakupiliśmy bilet do parku narodowego (10 soli) i rozpoczęliśmy wędrówkę.

Szlak prosty, a mimo to oznaczony.
Ania przymierza ludowy, kobiecy kapelusz.

Trzeba przyznać, że po raz kolejny trasa była bardzo malownicza. Zaczęliśmy od podejścia płaskim grzbietem niewielkiego wzniesienia. Nabierając wysokości krajobraz stawał się coraz ciekawszy. Po drodze mijaliśmy miejsca, gdzie można było sobie usiać pod zadaszeniem, odpocząć i np. posilić się. Jedno z tych miejsc właśnie w taki sposób wykorzystaliśmy, bo Klaudia znów walczyła z brakiem sił. Po pewnym czasie ścieżka z grzbietu wzniesienia przeszła na dość strome zbocze góry, którą mijaliśmy, ale tym samym stała się bardziej płaska, więc mogliśmy zwiększyć tępo. Po jakimś kilometrze tak wygodnej drogi znów zaczęło się strome podejście pod górę. Podłoże było twarde ale posiadało mnóstwo małych i dużych luźnych kamieni, więc trzeba było uważać. Gdy doszliśmy do grzbietu tego wzniesienia za nim pojawiło się kolejne. Znacznie ciekawsze. Stroma kamienna ściana ze stalowymi linami w gumowej otulinie. Tutaj nasz trekking zamienił się w coś co bardziej przypominało wspinaczkę o niskim stopniu trudności. Kilkadziesiąt metrów do góry, a następnie około 200 metrów po głazach i między nimi i naszym oczom ukazała się kolejna laguna!

Domków na trasie używaliśmy aby na chwile schronić się przed słońcem.
Im wyżej, tym ładniej 🙂
A Ania ze szczęścia robiła „jaskółki”.

Cóż kolejna w przeciągu kilku dni, ale zupełnie inna niż poprzedniczki, inny kolor wody inne położenie inny kształt. Woda nie była tak błękitna jak lake 69, ale posiadała swój własny oryginalny kolor. Bardziej niebieski, bardziej głęboki. To co było bardzo fajne w tym miejscu to skały na jednym z brzegów, między którymi ta laguna była rozlana. Druga ważna rzecz to brak tłumów w porównaniu do laguny 69. Można było zająć swój własny głaz i napawać się widokami. Tak też uczyniliśmy. Najpierw okupowaliśmy jedną skałkę później drugą, w międzyczasie robiąc zdjęcia rozmawiając i podziwiając.

Dotarliśmy do celu!
Na miejscu spędziliśmy prawie 2 godziny, a i tak było nam mało.
Najciekawsze było to, że laguna z każdej strony wyglądała zupełnie inaczej i posiadała inne „tło”.

Za Laguną Churup jest też lagunita Churup, położona tuż za tą pierwszą ale trochę wyżej. Zgodnie z początkowym planem mieliśmy do niej podejść i sprawdzić jak się prezentuje, ale zeszło nam tyle czasu przy tej głównej, że zdecydowaliśmy, że możemy nie zdążyć, bo oczywiście mieliśmy deadline w postaci busa powrotnego do Huaraz. Na szczęście później wygooglowałem to miejsce i okazało się, że nic nie straciliśmy.

Drogę powrotną, obraliśmy w taki sposób, że pierwszy kilometr prowadził innym szlakiem, przez górę z której był niesamowity widok na lagunę oraz dolinę z której przyszliśmy. A następnie dołączyliśmy do naszego porannego szlaku prowadzącego do Pitek. Powrót był bardzo sprawny, tym bardziej że na horyzoncie widzieliśmy ciemne strugi deszczu, które motywowały nas do utrzymania tempa.

Hmm chyba mi się podobało 🙂
Z jednej strony Laguna, a z drugiej takie widoki.
Cóż widoki podobały nam się na tyle, że zdjęciom nie było końca…

Około 14.45 byliśmy już na parkingu, gdzie czekał ten sam bus co rano. Dla nas idealnie, bo mieliśmy już uzgodnioną niższą cenę z tym kierowcą. Nawet nie musieliśmy długo czekać bo po jakiś 15 minutach kierowca ruszył w stronę Huaraz. Początkowo zajęta była może połowa miejsc, ale szybko bus dopełnił się po brzegi ludnością z okolicznych wiosek i różnego rodzaju towarami, które przewozili w dużych półciemnych workach. Tłok znacznie obniżał komfort podróży, ale na szczęście trasa trwała tylko godzinę, a pełne obłożenie auta było przez około 40 minut.

Od razu po powrocie do miasta postanowiliśmy, pojechać do jakiejś restauracji i spróbować jednego z dań narodowych Peru, czyli świnki morskiej, która jak się wcześniej dowiedzieliśmy była specjalnością tego regionu. Udaliśmy się do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się gdzie je serwują. Tutaj jak zwykle pojawił się problem, otóż w Peru niektóre potrawy serwuje się tylko w porze lunchowej czyli od 12 do 15, a na zegarku było już po 16. Na szczęście pani z informacji w naszym imieniu zadzwoniła do restauracji, gdzie były szanse załapać się jeszcze na to danie i ustaliła, że nie będzie problemu z przygotowaniem.

Chwilę później byliśmy na miejscu. Knajpa wyglądała na tą z tych lepszych, a świadczył o tym sam budynek jak i jego wnętrze, ale na szczęście cena nas nie odstraszyła. Nie było tanio, ale akceptowalnie i powiedzmy, że w takim miejscu mogliśmy spodziewać się dobrej jakości potrawy. Cóż, szybko się okazało, że obsługa jak zwykle zawiodła mimo lokalu, który aspirował na taki, wiecie,  z klasą. Nie zrobili nic strasznego, ale na całość złożyło się wiele drobnych czynników, o których nie warto tu pisać. Za 56 soli (około 63 złote) zamówiliśmy jedną dużą całą świnkę, którą chcieliśmy podzielić na naszą trójkę.

Spróbowaliśmy raz, i więcej raczej nie wrócimy do tej potrawy.

Świnka przyszła z ryżem sałatą i ziemniakami oraz trzema rodzajami sosów. Cóż nie przeciągając mogę powiedzieć tylko, że szału nie było. Mięsko dobre, ale nie wyróżniało się jakoś specjalnie i było go tyle co kot napłakał. Skórka smaczna i chrupiąca. Kości i pyszczek z zębami odrażające. Generalnie przerost formy nad treścią. W naszej wspólnej opinii, było to smaczne ale nie warte tych pieniędzy, bo w Peru za 56 soli można mieć 2-3 obiady np. z kurczakiem w dobrej restauracji, albo nawet 8-9 obiadów z kurczakiem w zwykłych knajpkach dla lokalsów, czy na na targu. Dlaczego akurat z kurczakiem? bo świnka trochę takie mięso z kurczaka przypominała. Dodam jeszcze, że dla Klaudii była to druga świnka, Pierwszą jadła w Ekwadorze – tamta ponoć była bardzo słaba.

Po tym wyjątkowym obiedzie udaliśmy się do hostelu. Aby się umyć przebrać i przeczekać do nocnego autobusu.

Przed nami Lima, jestem bardzo ciekaw tego miejsca, gdyż jest to miasto nabrzeżne, a jak dotąd żadne z miast położonych nad oceanem nie przypadło mi do gustu. Prawdopodobnie przez ten brudny pustynny klimat jaki panuje na zachodzie Peru. Po stolicy spodziewam się znacznie więcej.

Jeden komentarz

  1. Pingback: Arequipa - zdobyliśmy wulkan Chachani 6075m n.p.m. Rafting i choroba Ani. - PODRÓŻNICZY MISZMASZ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *