Arequipa – zdobyliśmy wulkan Chachani 6075m n.p.m.

Podczas tej podróży stawiamy sobie wiele celów. A to że uda nam się gdzieś dojechać stopem, a to że spróbujemy jakiś lokalnych potraw lub, że zobaczymy jakieś konkretne miejsce. Ot tak. Jednak od czasu wejścia na wulkan Acatenango w Gwatemali załączyła się w nas chęć bycia coraz „wyżej”. Chęć, żeby zobaczyć jak zachowuje się ciało, jak się oddycha, co się czuje podczas wchodzenia na szczyt. I tak sukcesywnie wybieraliśmy sobie „górki”. Najpierw była Gwatemala, później Quito, następnie lodowiec Pastoruri i Rainbowa Mountain. Wszystko w okolicy 5 tys. Do czasu, aż nie dojechaliśmy do Arequipa.

Właściwie nie planowaliśmy długo zasiedzieć w tym miejscu, ale jak zwykle wyszło inaczej. Pamiętacie Brigittę, Niemkę z dredami, którą poznaliśmy w Meksyku? Otóż udało nam się zgrać i po czterech miesiącach spotkać w tym pięknym miasteczku. Świat jest mały, to już wiemy. Spędziliśmy razem 2 przemiłe dni opowiadając sobie co nas spotkało po drodze.

Plaza de Armas – główny plac w centrum miasta, zawsze tętniący życiem.
Ulce Arequipy, Centro Historico.

W Arequipa chcieliśmy zrobić 2 rzeczy. Rafting po rzece Chili oraz Colca Canyon, czyli 3 dniową wycieczkę w głąb kanionu (drugi co do głębokości na świecie). O ile rafting udało się zrobić całkiem szybko i tanio, bo za 45 soli, o tyle z pozostałymi atrakcjami było już gorzej. Ale od początku.

Rafting chcieliśmy zrobić, ponieważ Adrian nigdy nie miał okazji, a tutaj była ponoć rzeka fajna  i cena przystępna. Doszliśmy do wniosku, że jak na pierwszy raz będzie to dobre miejsce. Wykupiliśmy wycieczkę i drugiego dnia spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Nasi przewodnicy byli zabawnymi ludźmi i z wielką pasją do tego co robią. Wyposażyli nas w odpowiedni strój i ruszyliśmy na rzekę. Okolica była malownicza, a Adrian chyba całkiem podekscytowany, bo jak już wsiadaliśmy do pontonu to tylko on jeden zapomniał zabrać wiosła. Spływ trwał około godziny i muszę przyznać, że nie był jakoś bardzo trudny, ale bawiliśmy się dobrze. Adrianowi udało się zmontować krótki edit z najlepszych momentów, sami zobaczcie jak było!

Na naszym kanale YouTube znajdziecie drugą wersję tego filmiku, trochę dłuższa i spokojniejszą.

Właściwie będąc w mieście zaczęliśmy też poważnie zastanawiać się nad wejściem na wulkan. Tutaj w okolicy są dwa, Misti 5822 m n.p.m. oraz Chachani 6075 m n.p.m. W każdym biurze jakoś tak upierali się, że Misti jest bardziej popularny, że polecają i że w ogóle lepszy. Ponadto wiedzieliśmy, że Misti można zrobić na własną rękę i właśnie taką opcję braliśmy pod uwagę. Tylko miał jeden duży minus, szczyt nie znajdował się powyżej „6”… Zrobiliśmy małe rozeznanie i wywnioskowaliśmy, że możemy już na swojej drodze nie mieć okazji przekroczenia tej magicznej bariery 6-ciu tysięcy, dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na Chachani. Oczywiście po drodze będziemy mijać jeszcze wysokie góry, nawet wyższe niż Chachani, ale tu cena była przystępna i co ważniejsze panowała znakomita pogoda. Chachani musieliśmy zrobić razem z agencją, ze względu brak możliwości dojazdu transportem publicznym w okolice rozpoczęcia szlaku, a było to niemal 3 godziny drogi od Arequipa. Drugim plusem agencji był ekwipunek, który oferowali w cenie. Mogliśmy się lepiej wyposażyć na mroźne temperatury panujące na górze.

Jeszcze jednym aspektem, który zachęcał nas do wspinaczki na 6 tysięcy akurat w Arequipie było to, że mieliśmy już dobrą bazę pod wejście, bo przyjechaliśmy z Cusco, położonego na 3500m n.p.m. a w dodatku tam byliśmy na Rainbow Mountain czyli powyżej 5000m n.p.m. Wszystko mówiło żeby podjąć rękawicę, wiec  wykupiliśmy tour za 270 soli na osobę. Dowiedzieliśmy się też, że pójdzie z nami jeszcze jedna osoba. Wieczorem tego dnia odwiedziliśmy jeszcze agencję, aby przymierzyć i wybrać niezbędny sprzęt w postaci: kurtek, spodni, rękawiczek, butów, kijków, lampek itp. Następnie zrobiliśmy małe zakupy, bo organizator wymagał abyśmy zabrali 5 litrów wody na osobę i oczywiście chcieliśmy się wyposażyć w przekąski na drogę, czekoladę, ciastka, suszone owoce i co tam dusza zechce.

Jeśli byście wygooglowali wulkan Chachani to pewnie przeczytalibyście, że uchodzi za jeden z łatwiejszych sześciotysięczników do zdobycia, pod względem technicznym. Cóż to prawda, ale tlenu na nim tak samo mało jak na każdym innym. Łatwość techniczna polega m.in na tym, że szczyt bardzo rzadko jest przykryty śniegiem, dzięki czemu nie ma potrzeby używania raków czy chodzenia w zespołach linowych. Nie wymaga też zaawansowanej wspinaczki. Liczy się przede wszystkim dobra aklimatyzacja i kondycja fizyczna.

Następnego dnia rano poszliśmy na śniadanie na pobliski market, a później bezpośrednio do biura gdzie poznaliśmy naszego przewodnika Gustavo oraz towarzysza wspinaczki – chłopaka z Indii o imieniu Abi.

Ruszyliśmy ok 9 (bo przecież punktualnie nie było sensu). Do naszego bagażu poza wybranymi dzień wcześniej ciepłymi ubraniami,  doszedł jeszcze śpiwór i plastikowe naczynia. W sumie „tylko”, bo karimata oraz namiot były już w base campie, gdzie zostawiła je grupa z dnia poprzedniego.

Już sama podróż autem 4×4 była interesująca. Najpierw obrzeża Arequipy –  drugiego pod względem wielkości miasta w  Peru. Zupełnie inne niż centrum, biedne, pustynne, brudne. A następnie krajobrazy górsko-pustynne. Jadąc mogliśmy obserwować samotny wulkan Misti jak i pasmo górskie, którego szczyty my mieliśmy zdobywać dnia następnego. Chachani leży stosunkowo blisko Arequipa, ale droga na początek szlaku była tak długa ze względu na to, że ten rozpoczyna się zupełnie po przeciwnej stronie gór niż miasto.

Początkowo dwie godziny asfaltem, a później godzinę już taką drogą szutrową.

Kierowca wysadził nas na wysokości prawie 5000m n.p.m. Już wtedy dało się odczuć ciężkie powietrze. Wymieniliśmy się z poprzednią grupą, oni wsiedli do auta, a my ruszyliśmy w stronę obozu, czyli tzw. base campu. Droga miała nam zająć ok 1,5 do 2 godzin. I w sumie tak też było. Przepiękna malownicza droga wiodła po zboczu góry, usłanej kamieniami, czerwonym piaskiem i skałami obrośniętymi na zielono. Po prawej stronie mijaliśmy malutki wulkan, który przez przewodnika była nazywany „baby volcano” oraz koryto lodowca, który ostatecznie zniknął około 7 lat temu. Naprawdę piękne miejsce.

Parking. Szybka zmiana ubrań i oczekiwanie na powrót grupy z dnia poprzedniego.
Dzień pierwszy zakładał podejście o 200 metrów do góry w jakieś 3 kilometry. Gdyby nie bardzo ciężkie plecaki, nie było by to nic wymagającego.
Ten szary po prawej to właśnie „baby volcano”, a wypłaszczenie po jego lewej stronie to koryto po lodowcu,.

Nasz obóz znajdował się na wysokości 5200m n.p.m. Droga do niego była całkiem prosta i łatwa jednak dało się odczuć zadyszkę – mało ruchu, szybkie bicie serca. Namioty były już rozstawione i właściwie wszystko przygotowane. Zostawiliśmy nasze rzeczy i poszliśmy w miejsce, z którego mogliśmy podziwiać okolicę. W między czasie poszłam skorzystać z toalety (dołek wykopany w ziemi, a na około obłożone wszystko kamieniami), jak wróciłam zastałam Adriana leżącego już w namiocie. I nagle zrobiłam się taka śpiąca, że postanowiłam dołączyć. Zasnęłam bardzo szybko, a wybudziła mnie potrzeba wzięcia wielkiego wdechu! Okropne uczucie. Tak, jakby ktoś mnie dusił i nagle dostałabym możliwość zaczerpnięcia powietrza. Drzemka z przerwami trwała może 30-40 minut. Gdy się przebudziliśmy na dobre, okazało się, ze Gustvo zrobił już lunch. Makaron z rybą i ciecierzycą. Tu pojawiło się pierwsze wyzwanie. Okazało się, że już po dwóch łyżkach nie miałam miejsca na dalsze jedzenie. Gustavo wspominał, że na wysokości trawienie jest wolniejsze i mamy jeść wolno, ale nie spodziewałam się, że tak ciężko będzie mi się przeżuwać. Chyba z 40 minut zajęło mi spałaszowanie posiłku, niezbędnego do wspinaczki w nocy. Dostaliśmy również pyszną herbatę, która miała pomóc w trawieniu. Wypiłam chyba dwa kubki.

Base Camp.

Po posiłku poszliśmy nacieszyć się widokiem okolicznych gór, przy okazji wymieniając kilka informacji z Gustavo. Zbliżał się też zachód słońca, więc góry zaczęły nabierać bardziej intensywnych kolorów… przepięknych, pomarańczowych i czerwonych. W oddali widzieliśmy również wulkan, który co kilkanaście minut wyrzucał dym, a ten co jakiś czas przypominał nam grzyba po wybuchu bomby atomowej. Do tego nad dolinę poniżej naszły deszczowe chmury, a my byliśmy ponad nimi. Piękny widok.

Widok ze skał, które osłaniały nasze namioty przed wiatrem.
Erupcja wulkanu w oddali.

Jak tylko słońce zaszło zrobiło się przeraźliwie zimno. Każdy wskoczył do swojego namiotu. My z Adrianem przepakowaliśmy jeszcze plecaki i ubraliśmy na siebie wszystkie ubrania, które mieliśmy ze sobą. Następnie przyszła pora na walkę o snem, ale na szczęście mimo wcześniej pory (18:30) i zimna  ten przyszedł całkiem szybko. Pobudka miała nastąpić o 1:30 nad ranem.

Ja obudziłam się pewnie około 11. Było mi tak jakoś niewygodnie, gorąco. Zdjęłam czapkę (głupi pomysł) i zasnęłam. Później obudziłam się, bo było mi zimno i tak jakoś po brzuchu mi jeździło. Starałam się spać dalej. Jednak o 1 nie wytrzymałam i musiałam pójść do toalety. Było mi dziwnie. Tak, to jest dobre określenie. Oczywiście w toalecie nic się nie wydarzyło. Brzuch bolał dalej i był wzdęty. Jak wróciłam Gustavo już gotował herbatę i wystawił bułki z dżemem. Nie mogłam na nie patrzeć. W ogóle chwilę wcześniej wzięłam trzecią tabletkę zakupioną w Arequipie na chorobę wysokościową (pierwszą zjedliśmy poprzedniego dnia rano, a drugą po dotarciu do obozu). Jak tylko herbata była gotowa to zaczęłam ją pić. Jaka ona była gorąca i dobra. Aż pokusiłam się o drugi kubek. Abi okazał się małym guzdrałą, więc czekaliśmy na niego, aż się ogarnie.

Już mamy ruszać, już plecaki każdy ubiera, a tu hops zaczęłam wymiotować, ale tak z grubej rury. Aż się sama przeraziłam. Gustavo powiedział tylko, że to dobrze, że ciśnienie tak działa. Lekko oszołomiona założyłam plecak i ruszyliśmy. Niestety zwróciłam też tabletkę, więc Adrian oddał mi swoją. Szybciutko zażyłam. Po wymiotowaniu mój spuchnięty żołądek jakby odczuł ulgę. Ruszyliśmy. Odpaliliśmy latarki i zaczęliśmy podążać za Gustavo. Cały czas zygzakiem pod górę, z lewej do prawej, krok za krokiem. Nie wiem ile przeszliśmy, może z 20 minut aż tu nagle kolejny bełt. Czułam jak żołądek puchnie, ale nie czułam żebym miała wymiotować. Oczywiście najpierw pomyślałam, że tabletka znowu nie zdążyła się wchłonąć, a zaraz potem przyszła dobrze znana ulga. Przewodnik dał mi chwilę na napicie się i ruszyliśmy dalej. Krokiem wolnym, leniwym, nie większym od lekko powiększonych tip topów.  Moje dobre samopoczucie szybko minęło i zaczęłam odstawać od grupy. Zupełnie nie miałam sił, żołądek znowu zaczął zachowywać się dziwacznie, ale mimo to ja i mój kijek próbowaliśmy iść na przód. Zrobiliśmy przystanek, miałam coś zjeść. Padło na czekoladę – energia i kalorie jak to powtarzał Gustek. Zamarznięta czekolada była całkiem smaczna, choć absolutnie nie miałam ochoty jej jeść. Organizm to potwierdził kolejnym epizodem wymiotowania, który nastąpił po niedługiej chwili (rzyganie czekoladą – NIE polecam). Ale po tym przyszło znowu to miłe uczucie ulgi na żołądku.

Po około półtorej godziny od wyruszenia zrobiliśmy przerwę. Gustavo kazał mi pić Coca Colę. Czułam się fatalnie. Z jednej strony czułam, że nogi mają siłę iść, ale z drugiej ta ogólna niemoc i wycieńczenie były niemożliwe do ogarnięcia. Wiedząc, że przed nami jeszcze od 4 do 5 godzin wspinaczki nie widziałam sensu iść dalej. A obóz był tak blisko za nami… nawet powiedziałam do chłopaków, że może i dam radę pójść jeszcze przez godzinę, ale na pewno nie do końca. Nie tak długo… Gustavo powiedział, że mam się nie przejmować, że zdrowie najważniejsze i że jeśli chce to możemy zawracać. Tylko, że ja chciałam wracać z Adrianem i tylko z nim. Nie chciałam, żeby Abi przeze mnie musiał zawracać skoro on dobrze się czuł. Poczułam się dodatkowo źle. Gustavo stwierdził, że jeśli zawracamy to wszyscy, bo jest ciemno, a my jesteśmy grupą (trochę to zrozumiałe). Odparłam na to, że w takim razie nie poddam się bez walki. Doszłam do wniosku, że nie mogę tak po prostu powiedzieć „wracamy”. Tempem żółwia ruszyliśmy dalej. Każdy krok sprawiał mi ból. Ból trudny do określenia, do zlokalizowania. Ostatecznie wzięłam kijek w obie ręce i wpół zgięta opierałam się na nim i podciągałam do przodu. Musiało wyglądać to żałośnie, choć ja czułam, że mi to pomaga. Poza tym Gustavo cały czas kazał mi się hiperwentylować, czyli bardzo głęboko oddychać. Ile razy upadłam na kolana nie zliczę. Nie miałam sił stać podczas przerw. Jednak zliczyć mogłam moje rzygania, których było jeszcze dwa do szczytu. Nie mogłam przyjmować nic oprócz wody, a późnej już tylko coli. I szliśmy tak powoli, powoli. W pewnym momencie widziałam, że Abi też zaczyna odstawać. Nie chciał dać tego po sobie poznać, ale też walczył. Mówił, że jest śpiący. Natomiast Adrian wyglądał rewelacyjnie. W pewnym momencie rozbolała go głowa, ale wziął ibuprofen i przeszło. Miał ewidentnie dobry dzień. Najlepszy.

Nawet nie wiem kiedy zaczęło świtać. Dookoła zrobiło się tak pięknie, spokojnie i dostojnie. Góry zaczęły się oświetlać słońcem, chmury odchodziły. Było naprawdę przepięknie. Jeszcze piękniej się zrobiło jak Gustavo powiedział, że właśnie mijamy półmetek. Nie mogłam uwierzyć. Teraz musiałam już dojść, choćby na kolanach.

Słońce rozświetlało góry w płomienistych kolorach.

Niedługo po połowie zastało nas całkiem strome podejście z luźnymi kamieniami i trzeba było trochę iść na kolanach. Moje życzenie stało się rzeczywistością i nie miałam nic przeciwko. O dziwo jak tylko osiągnęliśmy 6000m n.p.m. zrobiło mi się jakby lepiej. Nie najlepiej, ale wróciła jakaś mała radość, żołądek jakby się uspokoił i oddech doszedł do siebie. Nadal było ciężko zaczerpnąć satysfakcjonującą ilość tlenu, ale zrobiło się inaczej. Mała przerwa i ruszyliśmy w ostatnią prostą do szczytu. Nie było daleko. Prawie na wyciągnięcie ręki, ale jednak…

W górnych partiach było też trochę śniegu, pozostałości po opadach sprzed kilku dni.

Nie potrafię Wam opisać słowami jak bardzo byłam szczęśliwa, jak dotarliśmy na szczyt. Popłakałam się, ale tylko trochę bo wiedziałam, że jak zacznę szlochać to się uduszę. Usiadłam na kamieniu i nie mogłam uwierzyć. Wszyscy przybiliśmy sobie piątki i zaczęliśmy robić zdjęcia, podziwiać, rozglądać się i cieszyć. Każdy na swój sposób. Dla mnie radość zaczęła się kończyć po około 20 minutach na szczycie. Złe samopoczucie zaczęło wracać, a dobrze znane uczucie zmęczenia zaczęło ogarniać moje ciało. Wkradła się obojętność i smutek. Gustavo zrobił jeszcze tradycyjny rytuał Inków, czyli posypał kamienie liśćmi koki, następnie wyjął chiche (piwko ze sfermentowanej kukurydzy, tradycyjny napój Inków) i każdy wziął łyka, a następnie polał nim liście. Za nas i za górę.

6075m n.p.m.
Pamiątkowa fota z Gustavo!
I nie mogło też zabraknąć selfiaczka na szczycie 🙂

Zaraz po tym zarzuciliśmy plecaki na plecy i zaczęliśmy schodzić na dół. Wydawało by się, że będzie lepiej… nic bardziej mylnego. Moje nogi zrobiły się jak z gumy. To one prowadziły mnie, a nie ja je. Byłam wdzięczna, że miałam kijek, bo tylko on podtrzymywał mnie na nogach. Gumowa Ania. Tak się czułam. Nasz przewodnik skakał jak sarna w dół i zatrzymywał się tylko w miejscach, w których moglibyśmy inaczej pójść. Dlatego też pod sam koniec już go nie widzieliśmy. Adrian, szedł, zbiegał, robił zdjęcia, czekał na mnie i tak w kółko. Abi był raz przede mną raz za mną, a ja obojętnie schodziłam na dół modląc się, żeby był już koniec. Pierwszą połowę drogi w dół (tą bardziej stromą) pokonaliśmy tą samą ścieżką którą szliśmy do góry, natomiast za połową zeszliśmy z krętej ścieżki i ruszyliśmy prosto przed siebie miękkim piaszczystym podłożem, które prawdopodobnie było pozostałością po lodowcu – korytem. Jak w ogromnej piaskownicy.  Obojętność we mnie narastała, ale na szczęście zbliżaliśmy się do obozu.

Walka trwała w obie strony.
Dla mnie i Abiego to podłoże, to była jakaś kara, natomiast Adrian dobrze się bawił i śmiał się, że jedzie po tym piasku jak na nartach. Ale na końcu przyznał, że kolana mocno oberwały.

Gdy doszliśmy do base campu moja radość była przeogromna. Od razu położyłam się na chwilę do namiotu. Naprawdę na chwilę, bo zaraz przyszedł czas na pakowanie. I nawet się nie obejrzałam, a już z plecakami maszerowaliśmy do samochodu. Nie wiem dlaczego, ale droga była dłuższa. Dużo dłuższa, niż dzień wcześniej… Oczywiście auta jeszcze nie było, więc położyliśmy się na karimatach, ja zasnęłam. Oh jak mi było dobrze.

Droga do domu była wyboista i długa, ale wiedziałam, że za chwilę będę mogła się wykąpać, położyć w łóżku, odpocząć i nabrać sił na kolejną przygodę, czyli na wycieczkę w dół kanionu Colca. Nic bardziej mylnego. Zamiast tego zasiadłam w toalecie na sedesie i tak siedziałam 3 dni. Niestety. Znowu przypałętała się bakteria, która przyprawiała mnie o biegunkę, wymioty, osłabienie, gorączkę i wszechogarniający ból. Chcąc nie chcąc musieliśmy spędzić jeszcze 3 dni w hostelu, w którym w końcu zaczęłam się czuć jak u siebie. Nie obyło się bez lekarza, zastrzyku i antybiotyku. Na szczęście kombinacja ta postawiła mnie na nogi i mogliśmy ruszyć dalej. Niestety była to Copacabana w Boliwii, a nie kanion Colca. Tak osłabiona raczej nie dałabym rady. Trudno, nie pierwszy i nie ostatni raz musieliśmy coś odpuścić. Może będzie to powód, dla którego w przyszłości wrócimy do Peru? Nigdy nie mówię nigdy.

Po naszym powrocie z Chachani, na głównym placu powstawała powoli świąteczna choinka.
Widok z miasta na okoliczne góry. Osamotniony wulkan Misti po prawej, a po lewej Chachani oraz jego sąsiedzi.
Plaza de Armas nocą.
Basilica Cathedral of Arequipa, przy Plaza de Armas

Po 3 dniach regeneracji, mój stan zdrowia wrócił do normy i wystartowaliśmy przywitać nowy kraj. Boliwio nadciągamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *